Pierwszy kandydat do wydania już za nami. Mniej więcej za miesiąc The Document Foundation wyda LibreOffice 4.1. Nowa wersja, jak głosi lista zmian, zawiera szereg udoskonaleń w kwestii interoperacyjności z pakietem biurowym Microsoftu, a także taki rarytas jak osadzanie czcionek w dokumentach, co w teorii powinno zmniejszyć liczbę pojawiających się problemów, podczas przenoszenia danych między różnymi platformami. Można by uznać, że jedno z najczęściej powtarzających się życzeń użytkowników, nareszcie się materializuje. Jednak to, co naprawdę jest istotne, to nie jakieś tam zmiany, a kwestia finansowej stabilizacji fundacji, możliwości jej rozwoju, a także zrównoważonych wydatków… (polskich) samorządów!

Open Source Business Alliance

Co jedno z drugim i trzecim na wspólnego? Już tłumaczę. Blisko rok temu niemiecka organizacja Open Source Business Alliance (OSBA) ogłosiła rozpoczęcie prac nad poprawą interoperacyjności z formatem OpenXML. Na liście zadań pojawiły się takie rzeczy jak udoskonalony filtr importu OpenXML, poprawienie formatowania ramek, tabel, obrazów, komentarzy czy listów z Worda. Koszt pracy wyceniono na 140 tysięcy euro, a przetarg wygrały firmy SUSE oraz Lanedo z siedzibą w Hamburgu. To, co jednak jest ciekawsze, to sposób pozyskania funduszy.

Wspomniana kwota została uzbierana i podzielona między władze samorządowe niemieckich miast: Monachium, Jena i Freiburg, Federalny Sąd Najwyższy Szwajcarii, Federalny Oddział kierujący Szwajcarskim IT (FITSU) i szwajcarski kanton Vaud. Suma wszystkich stanowisk, na których zainstalowano OpenOffice/LibreOffice wyniosła 18 tysięcy, a rezygnacja z usług Microsoftu pozwoliła uzyskać niemałe oszczędności. Nic więc dziwnego, że w przypadku braków w funkcjonalności, postanowiono po prostu zlecić ich dopisanie. Jakiś czas później Open Source Business Alliance otworzyło rachunek bankowy dla indywidualnych darczyńców, którego celem było uzbieranie 30. tysięcy euro i sfinansowanie prac nad funkcją osadzania czcionek w dokumentach. Zgodnie z warunkami umowy, firma przyjmująca zlecenie zobligowana była do wydania kodu na Apache License v2, tak, aby owoce ich pracy mogły stać się częścią i LibreOffice i Apache OpenOffice.

Równie ciekawie wygląda system cyrkulacji zleceń, wcześniej jednak chciałbym przypomnieć i zaznaczyć, że The Document Foundation nie opłaca inżynierów do skonkretyzowanych zadań. Wszyscy kontrybutorzy są wolontariuszami, bądź to etatowymi pracownikami opłaconymi przez korporacje, które upatrują w swoim sponsoringu jakiegoś zysku. Na stronie fundacji widnieje także lista z certyfikowanymi deweloperami, a ich największy odsetek dotyczy pracowników korporacyjnych. Aż trzynastu pochodzi z firmy SUSE.

Firma SUSE nie tylko opłaca specjalistów do rozwoju LibreOffice’a, ale jest także członkiem wspomnianej już organizacji OSBA, która to w ramach ogłoszonego przetargu, wybrało firmę SUSE (i Lanedo) do jego realizacji. Co więcej, wspomniane 30 tysięcy euro z drugiej tury – jak poinformowało mnie The Document Foundation, zbiórki całkowicie od nich niezależnej – zostało powierzone firmie… tak, tak! SUSE!.

Daleki jestem od imputowania działań sprzecznych z prawem, a firma SUSE – jako rozwijająca pakiet od wielu lat – najprawdopodobniej najlepiej spełniała postawione warunki przetargu i właśnie doświadczenie zadecydowało o ich zwycięstwie. To na co chciałbym zwrócić uwagę to sposób, w jaki germanofońskie społeczności wspierają rodzime firmy i lokalny rynek IT. Podobnym doświadczeniem firma Lanedo pochwalić się nie może, a jednak przetarg wygrała i zrealizowała powierzone jej zlecenie.

Dochody niedochodowej fundacji

Ile tak naprawdę kosztuje rozwój LibreOffice? OpenOffice.org, na którego tempo rozwoju narzekano wiele razy, był finansowany przez upadającą firmę Sun Microsystem. I choć w przeszłości twierdzono, że program rozwija się zbyt powoli, odnoszę wrażenie, że pomimo wielu zmian, LibreOffice rozwija się jeszcze wolniej, a odmienne wrażenie jest w zasadzie zasługą comiesięcznych wydań poprawkowych i szumu, jaki tworzy społeczność skupiona wokół projektu.

Jak powszechnie wiadomo, gwarantem rozwoju są pieniądze. Jak więc prezentuje się budżet The Document Foundation? Poniższy wykres przedstawia przychód fundacji za pierwszy kwartał. Przychód jest sumą pieniędzy, z której należy opłacić podatki, serwery czy prawników. Dopiero z reszty tej kwoty wydziela się konkretne sumy na poszczególną działalność.

Finanse TDF - 1Q2013

Źródło: Tdfbudget2013

Jak czytamy w raporcie, pod pojęciem “Rozwój” (Development) kryje się infrastruktura do kompilacji dziennych wydań, opłata za program deweloperski Apple czy organizacja Hackfestów i udział w FOSDEM-ie. Dział “QA” to po prostu wydatek na zakup netbooków. Fundacja – w dniu zbierania materiałów – nie opublikowała ujednoliconego budżetu na rok 2013, a jedynie comiesięczne podsumowania porozrzucane na liście mailingowej. Co więcej, jako jednostka podlegająca prawu niemieckiemu, opublikowała raport finansowy za ubiegły rok, ale… tylko w języku niemieckim. Jak mi wyjaśniono, tłumaczenie na język angielski jest ciągle przygotowywane.

Jak wynika z raportu, liczby tylko potwierdzają moje wcześniejsze słowa. Fundacja nie zatrudnia nikogo do rozwoju oprogramowania, a wydatki na sprzęt i wydarzenia trudno nazywać inwestycją w rozwój czy jakość. Większość pracy wykonuje ekipa SUSE, RedHata oraz… IBM-a, których efekty pracy są importowane z OpenOffice’a. Gdyby SUSE nagle upadło, tak jak upadł Sun Microsystem, The Document Foundation nie byłoby w stanie udźwignąć ciężaru rozwoju pakietu biurowego, i to pomimo posiadania bardzo optymistycznej społeczności napędzającej ten projekt. 170 tysięcy euro przekazane dla SUSE i Lanedo nie jest oszałamiającą kwotą, ale też nie jest kwotą małą. Choć pieniądze nie trafiły bezpośrednio do TDF, to dokonany zastrzyk gotówki i tak przewyższył kwartalny przychód fundacji, a do tego został w całości poświęcony na sprecyzowane cele. I choć stan fundacji jest daleki od zrównoważonego, nie przeszkadza to niektórym myśleć o niej jak o “zdrowej” jednostce (Markus Mohrhard). Z drugiej też strony obecni jej kontrybutorzy są jej wieloletnimi współpracownikami i nie ma żadnych powodów, aby sądzić, że jakikolwiek korporacyjny darczyńca nagle wycofa się z projektu. Co więcej, fundacja skutecznie wykorzystuje swój rosnący prestiż i przyciąga coraz to większą liczbę wolontariuszy.

Polska sprawa?

7 czerwca miałem przyjemność być na II Otwartym Kongresie FLOSS w Katowicach i wysłuchać prelekcji Michała Woźniaka (prezesa Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania) o braku racjonalizacji wydatków w urzędach.

Prezentacja oparta była o dane zebrane przez Adama Jurkiewicza, wolontariusza fundacji, który zapytał samorządy poszczególnych miast oraz kancelarie parlamentarne o liczbę i koszt zakupu licencji OEM dla Office’a w ciągu ostatnich pięciu lat. Celem akcji było zapoznanie się z potrzebami instytucji oraz kosztem, jaki wynika z ich zaspokojenia. Reakcji było kilka:

  • to nie jest informacja publiczna (Warszawa)
  • odpowiedź wymaga przetworzenia danych; koszt to 30 groszy brutto za godzinę pracy (Mława)
  • nie wiemy (MAiC)
  • MS Office to standardowe wyposażenie komputera, więc nie wiemy (sejm)
  • …i tym podobne

Po negocjacjach niektóre samorządy przyznały fundacji rację i udostępniły swoje dane. Tworząc kosztorys, przyjęto założenie, że jedna licencja OEM warta jest zaledwie 750 złotych. Jak tłumaczył Woźniak:

Ponieważ dane kosztów licencji OEM nie są podane, musieliśmy je oszacować na podstawie rozeznania rynku. Mieliśmy problem, rozstrzał był duży, więc życzliwie założyliśmy, że nie chodzi o wersje professional – które kosztują nieraz ponad dwukrotnie więcej!

Jak się okazało, już 5 miast, parlament, jedno ministerstwo i jedna instytucja publiczna potrafią od 2008 r. do 2012 r. wydać w sumie aż 5 111 082,75 złotych na sam pakiet biurowy. Tylko rok 2012 zamknął się wydatkiem rzędu miliona stu tysięcy złotych (1 099 595,76) dla Białogardu, Poznania, Gdańska, Warszawy i parlamentu.

Koszty licencji MS Office w roku 2012 - wybrane miasta i jednostki-2

Źródło: prezentacja Racjonalizacja kosztów pakietów biurowych. Autor: Michał Woźniak, Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania

Na dodatkowe pytania takie jak “dlaczego zakupiono akurat to oprogramowanie”, odpowiadano “brakującymi funkcjami w oprogramowaniu alternatywnym”. Urzędnicy poproszeni o wskazanie brakujących funkcji, nie potrafili ich wymienić. Zapytani o specjalistów wykorzystujących owe funkcje, nie potrafili powiedzieć, kto ich naprawdę potrzebuje.

Sam Woźniak podsumował tę sytuację następująco:

Urzędy w Polsce ukrywają informację dotyczącą sum wydawanych na zamknięty pakiet biurowy, stosując kruczki prawne lub zasłaniając się niewiedzą. Twierdzą, że pakiet ten jest konieczny ze względu na funkcjonalności niedostępne w wolnych odpowiednikach, ale nie potrafią wymienić, o jakie funkcjonalności chodzi ani jaka część urzędników faktycznie potrzebuje do nich dostępu.

W sytuacji wydawania sum, które pojawiły się w naszym badaniu, co roku na konkretne oprogramowanie od urzędników odpowiedzialnych za te zakupy należy wymagać większej rzetelności. Zwłaszcza w świetle istnienia wolnych, otwartych, funkcjonalnych i darmowych alternatyw, z sukcesem wdrożonych w niektórych urzędach w Polsce.

Zakładając szczere intencje naszych urzędników, a nie celowe zaniechanie i zwykły opór przed edukacją, każdą podobną odpowiedź można skontrować kazusem niemieckich samorządów. Przyjmując kolejny już raz, bardzo korzystny dla władzy przelicznik (1 euro = 5 złotych), okazuje się, że tylko w ubiegłym roku samorządy i instytucje z wykresu wydały aż 219 919,15 €. Byłaby to kwota o blisko 50 tysięcy euro wyższa od tego, co uzbierały władze Niemiec i Szwajcarii. Co ważniejsze, z podobnego rozwiązania wynikają same pozytywy:

  • inwestycje samorządów zwracają się nie tylko państwu, ale i całemu światu.
  • rozbudza to rodzimy rynek IT.
  • nawet w przypadku fiaska jednostek, z owoców zmiany korzystają inni podatnicy, więc nie można mówić o marnotrawstwie pieniędzy.

Polska wbrew pozorom ma kilka dużych i udanych wdrożeń m.in. w urzędach miast w Katowicach, Lublinie czy Jaworznie. W tym ostatnim LibreOffice oraz Linux zadomowiły się na stałe także w gminnej edukacji. Wiele pomniejszych wdrożeń dokonano w mniejszych miastach, a także wybranych instytucjach publicznych (szpitalach, posterunkach policji). Tydzień temu władze włoskiego miasta Genoa oszacowały, że przejście na rozwiązania Open Source pozwoli zaoszczędzić 100 tysięcy euro. Myślę, że czas w końcu pójść zupełnie nową ścieżką i zamiast wyłącznie brać, warto także dać coś od siebie np. 30% z zaoszczędzonej kwoty przekazać na rozwój technologii, która te oszczędności pozwoliła osiągnąć.

Za miesiąc The Document Foundation wyda LibreOffice 4.1, które powstało przy wsparciu niemieckiego i szwajcarskiego podatnika. Jest to nowy, ale i rozsądny sposób na wypracowanie kompromisu w procesie rozwoju i wdrażania oprogramowania FLOSS. To, co wcześniej było domeną specjalistycznych usług sieciowych (płatne moduły do darmowych skryptów), stało się precedensowym wydarzeniem w świecie oprogramowania stacjonarnego, które choć tymczasowo jest rozwiązaniem niszowym, ma ogromną szansę (w obliczu gospodarczego spowolnienia) na rozkwit i realizację idei partnerstwa państwowo-prywatnego. Spróbujemy i my?