Podczas dowolnego nowego wydania pakietu – czy to Apache OpenOffice czy to LibreOffice – ze strony użytkowników systematycznie pada dobrze znane twórcom pytanie: “dlaczego oni nie zjednoczą swoich wysiłków”. Użytkownicy jak to użytkownicy, nie ponosząc żadnego wkładu własnego w rozwój aplikacji, uważają się za znakomitych koordynatorów i bez wahania skłonni są do wykonywania menadżerskich roszad. Na nasze szczęście projekty FLOSS cechuje nie demokracja, a merytokracja, co znacząco zmniejsza ryzyko zniszczenia cudzego wysiłku.

Podobnie jak i w innych sytuacjach, i w tej należałoby spróbować zrozumieć postawę konsumentów. Użytkownik chciałby “darmowego Excela”, a jedynie co dostaje to darmowego Calca. Gdy widzi dwie identyczne aplikacje, ogarnia go zdenerwowanie wywołane dzieleniem cudzych wysiłków. Wszakże jak ma powstać “darmowy Excel” gdy inżynierowie ze sobą nie współpracują? Temu poglądowi nie można odmówić racji, jednakże można mu już odmówić czegoś w rodzaju istotności. “Jedność” jest ważna w walce przeciwko monopoliście, ale “wolność wyboru” i “wolność do samostanowienia” (inżynierów do ich projektów) stoi znacznie wyżej od zachcianek użytkowników z roszczeniową postawą. Konsekwencją jest nie tak dynamiczny rozwój, zwłaszcza względem monopolisty. Również nie należy się spodziewać, aby ktokolwiek zmienił model rozwoju oprogramowania dla anonimowych, internetowych pokrzykiwaczy. Ci ostatni (choć niereprezenatywni) są autoagresywnymi beneficjentami cudzej pracy, bez prawa do głosu. Prawo to można nabyć bez żadnego problemu (wystarczy być aktywnym i merytorycznym), lecz niestety, wysiłek ten zwykle nie jest podejmowany przez piewców jedności.

Pojęcie “społeczności” jest bardzo szerokie. W projektach Wolnego Oprogramowania wyróżniamy społeczności deweloperów, testerów, tłumaczy, grafików, (forumowych) pomocników i naturalnie, użytkowników. Ci ostatni nie wiedzieć dlaczego uważają, że społeczności deweloperów wszelkich projektów (AOO, LibreOffice, GNOME Office, Calligra Suite) powinny porzucić swoje dotychczasowe projekty i zjednoczyć się, aby móc szybko i sprawnie zbudować oczekiwanego przez nich darmowego Excela.

Natomiast sama społeczność użytkowników jest mocno podzielona, jeszcze bardziej rozlazła i niezdecydowana. Zewsząd można usłyszeć utyskiwania na wiele “palących problemów”, np. od czasu wydania Microsoft Office’a 2007, społeczność OpenOffice.org domagała się zmiany “starego i brzydkiego interfejsu rodem z lat 90-tych” na nowoczesny, odpowiadający standardom XXI wieku. Najlepiej wdrażając płatną Wstążkę konkurencji, zachowując przy tym zerowy koszt samego oprogramowania.

W tym właśnie momencie, z samego faktu podziału może wyłonić się jedna, istotna dla konsumentów korzyść. OpenOffice 4.0 pod opieką Apache i przy kontrybucji IBM-a ma zaoferować pakiet z interfejsem Lotusa, LibreOffice natomiast – przynajmniej w najbliższym czasie – zachowa stare, ale i sprawdzone menu kompaktowe, które odpowiada milczącej wielkości. Społeczności użytkowników nie pozostaje nic innego jak tylko się cieszyć. Obecny stan oznacza bowiem tylko jedno – zaspokojone zostaną fanaberie głośnych krzykaczy bez płacenia za to wysokiej ceny. Na rynku pozostanie hybryda OpenOffice’a i Symphony oraz LibreOffice z dobrze znanym i lubianym interfejsem, a za jakiś czas okaże się czy głośna mniejszość była reprezentatywna dla ogółu, czy Apache OpenOffice upadnie, a LibreOffice zgarnie wszystko, czy tendencje okażą się być zgoła inne.

Ten jeden przykład udowadnia, że brak porozumienia w środowisku inżynierów może z korzyścią działać na środowisko konsumentów. Rzecz w tym, że brak porozumienia nie wynika z chęci “zrobienia konsumentom dobrze” w inny sposób, a z chęci dominacji, przejęcia wpływów i potencjalnych zysków. Zasadnicze pytanie brzmi: z kim powinni trzymać użytkownicy?

Rob Weir Italo VignoliOdpowiedzi na to polityczne pytanie postaram się udzielić, przedstawiając kilka faktów wynikających z konfrontacji tych dwóch środowisk. Szanowni państwo! W lewym narożniku… Rob Weir, korporacyjny chłopiec, długoletni pracownik IBM-a i usta projektu Apache OpenOffice! Inżynier, bloger, a także przewodniczący komitetu technicznego ds. rozwoju normy OpenDocument w OASIS! W prawnym narożniku… Italo Vignoli, jeden z założycieli oraz członek Rady Dyrektorów The Document Foundation, odpowiedzialny za marketing i komunikację. Jest również międzynarodowym rzecznikiem projektu. Od września 2004 do końca 2010 roku był członkiem projektu marketingowego OpenOffice.org.

Niezrealizowane obietnice

Mawia się, że na szacunek pracuje się latami, a stracić można go w ułamku sekundy. IBM jako kontrybutor OpenOffice.org nie sprawdził się – i jeśli wierzyć jego aktualnym rywalom – nigdy nie był szanowany w środowisku społeczności. Firma ta już od wielu lat specjalizowała się publikacji nic nieznaczących ogłoszeń prasowych, a także w zarzucaniu zalążkowych kontrybucji. Dowodem na tę politykę są archiwalne ogłoszenia. W grudniu 2006 roku IBM zapowiedział zintegrowanie API IAccessible2 z OpenOffice.org, co pozwolić miało na jego ówczesne wdrożenie w stanie Massachusetts. Integracji tej nie dokonano do tej pory, a zapowiedziana powtórnie została na czas wydania Apache OpenOffice 4.0, którego wydanie zaplanowano na koniec 2012 roku. Bez wątpliwości nowy OpenOffice nie zostanie wydany na czas (musi go jeszcze poprzedzić wersja 3.5), co pozwala IBM-owi osiągnąć poślizg liczący już… 6 lat!

Michael Meeks (TDF) przywołuje inną deklarację. We wrześniu 2007 roku Doug Heintzman obiecał oddelegowanie przynajmniej trzydziestu pięciu chińskich deweloperów do pracy nad podstawami OpenOffice’a. Zamiast tego jednorazowo nadesłano trochę kodu Symphony zawierającego śmieci i dublujące się funkcje. Kod pozbawiony obiecanych opiekunów nie został zintegrowany z pakietem (z małymi wyjątkami jak filtr Lotusa Word Pro) i umarł śmiercią naturalną.

W obliczu nowych faktów (zwolnienia wszystkich opiekunów przez Oracle w 2010 r., a także eksodusu większości społeczności), IBM zdaje się, został zmuszony stać się głównym jeśli nie de facto jedynym koniem pociągowym dla projektu. Sama fundacja Apache nie zajmuje się rozwojem OpenOffice’a, a jedynie firmuje go swoją marką i zapewnia infrastrukturę do rozwoju produktu. Trzon deweloperski zdominowany jest przez IBM-owców z Pekinu i – jeśli wierzyć oficjalnej liście kontrybutorów – liczy 10 osób.

Zarzuty o FUD

Rob Weir na wiki projektu przedstawia się jako utalentowany programista. W spektrum jego zainteresowań wchodzi “C/C++, Java, Python, XML, ODF, Performance tuning”, lecz pomimo tego najczęściej stosowanym przez niego językiem jest czysty angielski. Pan Weir w ostatnim czasie zasłynął nie z pracy inżyniera, a ze swojej roli blogera i ewangelizatora, który prostował “szepty” i “niesnaski” rzekomo siane przez konkurencję. I tak zapoznać się można z jego cyklem wpisów “LibreOffice’s Dubious Claims”, gdzie w swoim stylu rozprawia się z konkurencją.

W części pierwszej dowiadujemy się, że statystyki ściągnięć LibreOffice nic nie znaczą. Przede wszystkim dlatego, że pan Weir ma obiekcje co do ich sposobu naliczania, ale także do ich wysokości. Italo Vignoli przy każdej sposobności z dumną eksponuje małe sukcesy fundacji i wylicza m.in. ponad 18 milionów pobrań LibreOffice, licząc od 25 stycznia 2011 roku. Weir szydzi z tego wyniku i porównuje to do pobrań Apache OpenOffice z serwerów SourceForge.net, gdzie licznik dobił do 18,207,610 pobrań w samym wrześniu. Tę kontestację wieńczy krótkim podsumowaniem:

A więc oba projekty są sobie równe, tak? Właściwie to nie, wcale! Musisz wziąć pod uwagę jeszcze przerwę w czasie. Licznik LibreOffice działa od stycznia 2011, a licznik OpenOffice działa od maja 2012. Tak więc OpenOffice w kilka miesięcy został pobrany tak samo wiele razy jak LibreOffice przez pierwsze dwa lata

Trudno podważyć ten fakt, gdy wszystko zdaje się przemawiać na korzyść stanowiska pana Weira. Rzecz w tym, że są też rzeczy, o których Weir nie mówi. Przede wszystkim takie, że marka “OpenOffice” funkcjonuje w świadomości konsumentów od blisko dwunastu lat. Marka “LibreOffice” choć popularna w środowisku geeków, nie przebija się wystarczająco mocno do szerszej świadomości konsumentów, a rozszerzenie tego procesu zajmie znacznie więcej czasu niż 2 lata.

Analogiczny problem miał sam IBM udostępniając Lotusa Symphony 1.3 i 3.0. Choć produkt bazował na OpenOffice.org i cechował się nowym interfejsem, niewielu konsumentów go chciało. Wymuszając wewnątrz strukturalne migracje i podpisując porozumienie w Canonicalem, IBM w niecały rok osiągnął liczbę 12 mln użytkowników i 50 mln pobrań. Czy jest to wynik znacząco lepszy? Jeśli na tej samej szali postawimy możliwości niedochodowej fundacji i globalnej korporacji, to nagle okazuje się, że efekty działań IBM-a wcale nie oszałamiają. Sam IBM – pomimo prowadzenia podwójnej gry – świetnie zdaje sobie z tego sprawę, co poskutkowało uśmierceniem marki Lotus Symphony oraz zapowiedzeniem powstania “OpenOffice IBM Edition“, co z kolei pozwoli w sposób łatwy podpiąć się pod sukces dawnej społeczności i żerować na jej marce.

Najważniejsze pytanie jednak nigdy nie zostało postawione, a obnaża ono bezsens złośliwości ajbiemowca. “Co z tego, panie Weir?”.

Rob Wier pastwi się nad statystykami pobrań i na siłę próbuje udowodnić wyższość swojego projektu, tak jakby jakakolwiek statystyka ściągnięć miała wpływ na decyzję użytkownika końcowego. W rzeczywistości nie ma żadnego wpływu, ale dla pewnych osób jest na tyle ważna, że stała się idealnym pretekstem do podarowania przysłowiowego pstryczka w nos.

***

W części drugiej Weir podważa rozmiar społeczności i jej dorobek, w części trzeciej natomiast stara się przedstawić realną liczbę stałych kontrybutorów, która w jego odczuciu jest naturalnie sporo niższa i nie tak optymistyczna jak jest to przedstawiane w ogłoszeniach prasowych fundacji.

Na pierwszy ogień poszli użytkownicy zarejestrowani na Wiki, których znacząca większość została określona jako “puste konta”, “konta autopromocyjne” lub “spam”. Fundacja TDF szczyci się liczbą wolontariuszy przekraczającą trzy tysiące osób. Z analiz Weira wynika, że blisko 60% użytkowników dokonało zero edycji, 583 użytkowników dokonało jednej edycji, a 449 użytkowników aż dwie, co jasno implikuje sztuczną nadętość społeczności LibreOffice. Oczywiście nawet w tym absurdalnym rankingu to Apache OpenOffice jest lepszy, gdyż osiągnął pułap 87 tysięcy użytkowników.

Osobiście jestem związany z tym środowiskiem od 2005 roku. Na rzecz OpenOffice.org pracowałem do 2010 r., a kiedy powstało LibreOffice, to jemu następnie postanowiłem poświęcać swój czas. W obu przypadkach mam oficjalne konto, które jest puste – a w ocenie Weira służące autopromocji. Rzecz w tym, że o ile dla OpenOffice’a faktycznie jestem martwą duszą, to dla LibreOffice – pomimo zerowej aktywności na wiki – uczestniczę w procesie tłumaczenia pakietu od czasu wydania LibreOffice 3.4. Weir stara się umniejszyć znaczeniu społeczności w całkowicie niezrozumiały sposób. Kiedy mu to wypomniałem, i dodałem, że OpenOffice nadal nie dorobił się polskiej lokalizacji, a jego analizy nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości, mój komentarz został… niedopuszczony do publikacji!

Dlaczego OpenOffice i LibreOffice już nigdy się nie połączą?

Na podobną prewencyjną cenzurę natknęli się i inni użytkownicy, co zostało odnotowane na blogu Italo Vignoliego.

W kolejnej części przeczytamy, o niesprawiedliwym wliczaniu dorobku społeczności deweloperów w statystyki LibreOffice. Chodzi o portowanie (zgodnie z licencją) zmian z OpenOffice’a do LibreOffice. Weir z żalem pisze o “nazwiskach kolegów z IBM-a”, formalnych kontrybutorów OpenOffice’a, które znalazły się na stronie z zasługami projektu LibreOffice. Takie pozytywne wyróżnienie można by to było uznać za życzliwość godną naśladowania, jednak tkwi w niej jedno, wielkie zło – zwiększanie statystyk konkurencji, a to jest już niedopuszczalne! Weir zauważa również, że 10% inżynierów (głównie pracownicy SUSE i RedHata) odpowiadają za 90% zmian, podczas gdy reszta to okolicznościowi kontrybutorzy, którzy rozwiązali jakiś problem i już nie wrócili do współpracy (166 z około 550 ludzi).

Być może faktycznie jest to problem, nad którym warto się pochylić. A jak sytuacja wygląda w samym Apache? Pod koniec października br. Weir na forum wystosował odezwę do społeczności i zachęcał do wpisywania się na listę wolontariuszy, która obejmuje dosłownie wszystkich. Deweloperów, grafików, tłumaczy, ludzi odpowiedzialnych za skład dokumentacji i za marketing, a nawet forumowych pomocników co jest ewenementem. Suma najbardziej zaangażowanych ze wszystkich wyniosła zaledwie 80 kontrybutorów.

Inne zatargi

Czym w istocie są analizy pana Weira? Ja je postrzegam jako zbędne kąśliwości. Weir bierze na tacę ogłoszenia departamentu marketingu, wycina fragmenty i nobilituje je do niewiarygodnie ważnych myśli, po czym po kolei, jedną za drugą, obala i wykazuje ich fałszywość. Jego praca jest tak bezużyteczna, że jedyne co osiągnął, to rozsierdził starego, gorącokrwistego Włocha. Użytkownicy nie dbają o liczbę pobrań, wolontariuszy lub deweloperów, a o efekt! Ten natomiast przedstawiał się następująco: “projekt umarł, przez ponad rok OpenOffice nie dostał ani jednej aktualizacji, a wydana z opóźnieniem nowa wersja nie jest zlokalizowana”. Innym faktem jest, że biznesowi, instytucjonalni oraz domowi użytkownicy przez rok przerwy mogli z powodzeniem używać LibreOffice, a sam Weir powinien za to wykazać minimum wdzięczności swoim rywalom. Tak jak brakuje mu wdzięczności, tak brakuje pomysłu na odzyskanie starych użytkowników. Zwrócenie na to uwagi kończy się prewencyjną cenzurą. Zdroworozsądkowy człowiek zgodziłby się, że lepiej jest stracić użytkownika na rzecz LibreOffice (tj. utrzymać go w ekosystemie), aniżeli na rzecz Microsoftu. Tu z odmiennym stanowiskiem wyłonił się Pedro Giffuni, Apache OOi & FreeBSD Committer, który nad LibreOffice preferuje Microsoft Office bądź Lotus Symphony. :-)

Well… I don’t think that LibreOffice would be the best option. To be honest I would point people to Microsoft Office. It has less bugs, it has full support and every time you buy it you help the economy and the many professional developers behind it that feed their families.

If people can’t afford that and/or you mean strictly an OpenOffice replacement… end users would by happy with Lotus Symphony which is free (no FreeBSD port yet though).

W przeszłości dochodziło również do innych incydentów. W 2010 r. podczas podziału społeczności, Eric Bachard wszystkich odchodzących od OpenOffice’a nazwał frajerami. Nie tak dawno temu podczas podsumowania wyników prac z Google Summer of Code 2012, zasugerował studentowi bezmyślne małpowanie jego własnej pracy. Ta krótka pyskówka zakończyła się stwierdzeniem “matka nie nauczyła cię trzymać gęby na kłódkę?”.

Z obydwóch stron padło wiele negatywnych deklaracji. Weir oskarża fundację o kłamanie ws. śmierci projektu i robienie z dziennikarzy głupców, Vignoli odgryza się stwierdzeniem, że jest to gwałtowna reakcja człowieka przerażonego sukcesem konkurencji (AOO: 20 lokalizacji; Libre: 109 lokalizacji i wiele wdrożeń). Weir umniejsza zasługom młodszych rywali i ponownie oskarża, tym razem o zniechęcanie nowych wolontariuszy do pomocy w rozwoju OpenOffice’a. Vignoli z kolei oznajmia, że “AOO powstało po to, aby zniszczyć fundację i LibreOffice” oraz naznacza Weira jako głównego wroga.

Epilog

Systematycznie słyszę pytania “kiedy oni się połączą”, a odpowiedź jest prosta i jednoznaczna: nigdy. Czy wyobrażasz sobie, że te wszystkie urażone i uprzedzone do siebie dusze zasiadają do okrągłego stołu i wspólnie pracują nad jedną rzeczą? Ja też nie.

Czy IBM jest tym złym? I tak i nie. IBM to korporacja i nie zna przyjaźni. Jest za to bezwzględny i wyrachowany. Jej zaangażowanie ogranicza się tylko do projektów, które mogą zapewnić jej zyski. Z licencyjnego powodu nie jest nim LibreOffice, ale za to jest nim Apache OpenOffice. Gdyby interesy IBM-a były zbieżne z interesem społeczności, firma byłaby postrzegana jako “dobra”, jest natomiast zgoła inaczej i korporacja będzie postrzegana jako ta “zła”.

Nie zmienia to też faktu, że jej postępowanie jest nieetyczne. Gdy jedna ze stron pisze kod i o tym bloguje, ze strony środowiska Apache wychodzą wpisy poniżające osiągi konkurencji, własny FUD mający rzekomo rozprawić się z cudzą dezinformacją, a słowa krytyki są zwyczajnie cenzurowane. Zachowanie Weira jest cyniczne i w ogóle nie przystaje do kultury hakerskiej jaka panuje w The Document Foundation. I choć Weir za każdym razem zaznacza, że jego wpisy są jego osobistą opinią, trudno nie odnieść wrażenia, że zachowanie jego, Giffuniego czy Bacharda nie są wyjątkami w OpenOffice’ie.

Gdy ktoś mnie pyta “co wybrać”, bez wahania polecam LibreOffice. Nie z powodu ducha wolności czy kultury hakerskiej, które bardzo mi odpowiadają. Do spraw tego typu staram się podchodzić neutralnie, nie angażując się emocjonalnie. LibreOffice po prostu jest… spolonizowane! To jego główna zaleta, której brak konkurencji. Mam też świadomość wad w postaci okresowych regresji niewystępujących w Apache OpenOffice. To, co mnie jednak cieszy najbardziej to obsługa normy OpenDocuent na zbliżonych poziomach. W przypadku fiaska jednego z tych dwóch projektów moje dane nadal pozostaną moje i nie spodziewam się problemów z ich odczytem. A przecież o to od dekady walczyła społeczność “otwartego biura”. Nie ważne czy wygra LibreOffice, czy OpenOffice. Zwycięzcami i tak pozostaną użytkownicy. Tak więc, zamiast przekrzykiwać się, domagać się niemożliwej do zrealizowania jedności i połączenia sił, należy bacznie obserwować kierunek rozwoju obydwóch programów i wyciągać z obecnej sytuacji tyle pozytywów, ile się tylko da.