Małymi krokami zbliża się premiera LibreOffice 4.1, a wraz z nim dochodzi do kolejnej już eskalacji konfliktu między społecznością OpenOffice’a, a społecznością The Document Foundation. Niektórym deweloperom puszczają już nerwy, a złość wylewa się na klawiaturę i wypełnia ich blogi. Wszystko to spowodowane jest jednak nieuczciwym zachowaniem obydwóch ekip, chociaż ciężar winy (zdaniem autora) nie rozkłada się równomiernie.

Należy także przestać dawać wodzić się za nos. Publiczne wojenki między przedstawicielami obu projektów to czysta polityka, a faktem jest, że sukces OpenOffice’a jest dla The Document Foundation ich własnym sukcesem, gdyż zyskują w ten sposób dostęp do bazy dobrej jakości kodu. Tyle że takie postępowanie eliminuje szanse na jakikolwiek wyścig zbrojeń i skazuje OpenOffice’a na powolną pogoń za rywalem (z zyskiem dla użytkowników LibreOffice). OpenOffice oczywiście będzie nadal rozwijany i wykorzystywany, jednakże jego zasięg będzie mocno ograniczony, a jeśli nic się nie zmieni, jego sytuacja zacznie przypominać sytuację systemów BSD wobec Linuksa.

Deweloperów OpenOffice’a kłuje bezczelność konkurencji w kopiowaniu ich rozwiązań, chociaż sami wyrazili zgodę na takie zachowanie wybierając permisywną licencję. Z drugiej strony barykady, członkowie The Document Foundation (bo nie fundacja jako jednostka prawna) zachęcają Internautów do wypróbowania nowej wersji LibreOffice wymieniając wśród nowości i mocno akcentując właśnie boczny pasek, który to został zaprojektowany przez społeczności OpenOffice’a i miał być jego “gwoździem programu” podczas premiery czwartej odsłony.

W przeszłości Rob Weir (IBM) nie raz i nie dwa oskarżał członków TDF o zbałamucenie dziennikarzy, imputując im sianie kłamstw na temat śmierci OpenOffice’a, a konsekwencją ich działań miało być zawłaszczenie przestrzeni medialnej. Innym powodem było zawyżanie liczby aktywnych kontrybutorów, poprzez kopiowanie pracy eks-inżynierów Oracle’a i pracowników z IBM-a. Nazwiska rywali znajdowały się na “ścianie zasłużonych”, i choć postąpiono zgodnie z licencją, Rob Weir nie omieszkał publicznie skrytykować postępowanie przeciwników.

Wtenczas padło wiele ostrych słów, ale panu Weirowi trzeba przyznać jedno – na pewno nie mylił się w kwestii marketingu. LibreOffice zdaje się naprawdę zawładnąć przestrzenią medialną. Jeśli opublikowano o nim newsy, dotyczą one faktycznych nowości, w tym na pierwszym miejscu wymieniany jest dorobek OpenOffice’a. Jest to zarazem smutna wiadomość dla użytkowników, bowiem wszystkie pozostałe, autorskie zmiany są przyćmiewane przez kiepską i niestabilną implementację konkurencyjnego rozwiązania, a to również świadczy o dorobku TDF. Sam OpenOffice – jeśli w ogóle się o nim wspomina – to w ramach jednozdaniowej wzmianki (“skąd pochodzi ta nowość w LO?”) albo w kontekście błahych informacji pokroju wyboru nowego logotypu. I nagle oto okazuje się, że największą atrakcją LibreOffice jest coś, w czego rozwój deweloperzy nie włożyli żadnego wysiłku. OpenOffice oprócz tego, że stracił swój “czas antenowy”, to dodatkowo obdarty został z własnego killear feature, któremu poświęcono naprawdę wiele czasu. A kropla, która przelała czarę goryczy, została uroniona całkiem niedawno i w niezauważalny sposób…

 Zainteresowanie w ujęciu czasowym. Kolor czerwony: OpenOffice. Kolor niebieski: LibreOffice.

Zainteresowanie w ujęciu czasowym. Kolor czerwony: OpenOffice. Kolor niebieski: LibreOffice.
Linie przerywane: prognoza na przyszłość. Źródło: Google Trends.

… i tak naprawdę powodów kolejnego konfliktu możemy się tylko domyślić, gdyż jego źródło zostało gdzieś ukryte, choć niechybnie nawiązuje ono do poprzednich zarzutów Roba Weira. Tor Lillqvist (TDF) opublikował na swoim blogu post, w którym wyraża poirytowanie zachowaniem konkurencji i tłumaczy:

Cokolwiek powiesz, lub nie powiesz, zawsze zostanie to odebrane jako dowód. Jeśli coś jest zrobione, lub nie jest zrobione, w obu przypadkach jest to dowód spisku.

Przykład ze świata open source: wspomnienie projektu rywali, skąd pochodzi trochę twojego kodu będzie postrzegane jako dowód na niesprawiedliwą próbę kradzieży ich reputacji i próbę przeniesienia jej w twój projekt. Z drugiej strony, niewspomnienie zostanie odebrane jako dowód na to, że chcesz ukryć przed ludźmi skąd naprawdę pochodzą twoje dobre rzeczy

Nie możesz wygrać argumentem przeciwko teoriom spiskowym. [źródło]

Stąd też możemy tylko domniemać jak duże jest rozgoryczenie ekipy OpenOffice’a, która przegrała ten nierówny wyścig, jeszcze zanim się rozpoczął. Oprócz tego jak wielką niesprawiedliwość i krzywdę odczuwają teraz ludzie stojący za OpenOfficem, trzeba wspomnieć również o potencjalnych i prawdopodobnych szkodach, jakie wyrządziła spora grupa internetowych pop-blogerów mieniących się dziennikarzami serwisów technologicznych.

Wielu zwykłych użytkowników na wieść o LibreOffice 4.1 zapragnęło jak najszybciej przetestować nowy, boczny pasek. Prawda jednak jest taka, że ta “główna nowość” jest rozwiązaniem mocno eksperymentalnym i niestabilnym. Michael Meeks, jeden z głównym inżynierów TDF, wysłał stosowny kod zaledwie na kilka godzin przed wydzieleniem gałęzi 4.1 i “hard feature freeze”. Było to 20 maja, przy czym faktyczny rozwój bocznego paska nadal trwa i nadal istnieje kilka nierozwiązanych błędów. Cały proces można prześledzić w bugzilli AOO pod zgłoszeniem Bug 121420 – ([sidebar]) Add sidebar feature.

Co więcej, pan Meeks na zapytanie wolontariusza odnośnie testów QA owego paska, odpisał:

Tak jak inne eksperymentalne funkcje, ta również jest do podglądu. To nie jest coś, w co musimy inwestować więcej wysiłku w testy jakości, jeśli w ogóle. Spodziewam się problemów wszelkiego rodzaju. Ogólnie uważam, że powinniśmy skupić się na manualnych testach QA dla domyślnej instalacji – problemów z interoperacyjnością, aktualizacje formatów plików, zmiany w błędach, portowanie kreatorów w Javie i/lub dowolne inne, duże zmiany, które ludzie dotychczas tutaj wymienili. [źródło]

Informacje te jednak nie dotrą do szerszego grona użytkowników, a wielu z nich, wybierając LibreOffice, zwyczajnie się zawiedzie. Jeśli ktoś faktycznie posiada panoramiczny monitor i wyczekuje wzmiankowanego paska, bez wahania powinien postawić na zbliżający się Apache OpenOffice 4, który bije LibreOffice jeśli chodzi o stabilizację i postęp w rozwoju tej funkcjonalności. Jedynym mankamentem może być brak polonizacji interfejsu, który jednak nie występuje w LibreOffice.

Kolejnym, ciekawym zagadnieniem są intencje Michaela Meeksa, który błyskawicznie podrzucił kod nowego rozwiązania. Skoro jest to funkcjonalność eksperymentalna, nie wymagająca opieki testerów jakości, równie dobrze można było przenieść ją do gałęzi 4.2 i opublikować dopiero w momencie pełnej użyteczności (za około siedmiu miesięcy). Jednak jeśli już jest, a mimo wszystko nie jest przeznaczona do powszechnego użytku, członkowie fundacji mogliby pohamować się z jej promocją. Obecnie – choć jest ona bezużyteczna – przyciąga wzrok internetowych komentatorów, a także wywołuje sporo pozytywnego szumu. Szumu, który procentuje, przyciągając nowych inżynierów i pozwalając fundacji realnie nabrać wiatru w żagle. Za przykład podać można rosnącą liczbę przyznawanych miejsc w Summer of Code, powracających studentów, a także ich pozazarobkową działalność.

Przykładem tego cyklu jest Andrzej Hunt, student który podczas ubiegłorocznych letnich praktyk napisał pilota do Impressa dla systemu Android. W tym roku jego kod będzie portowany przez innego studenta na Apple iOS. Natomiast on sam podjął się innego wyzwania, choć nie to jest najważniejsze. Hunt postanowił bowiem napisać tę samą aplikację w HTML-u 5 dla FirefoxOS. Jeśli dokończy swój (niezazarobkowy) projekt, będzie to trzecia aplikacja fundacji, którą dodatkowo będzie można uruchomić na telefonach BlackBerry, SailfishOS czy Ubuntu Phone. Dzieje się to, gdy OpenOffice boryka się z problemem odzyskania sympatii mediów, reputacji wśród hackerów i cierpiąc jednocześnie na syndrom “dziecka w cieniu młodszego brata”. Taki obrót spraw zupełnie inaczej rzuca światło na zachowanie Roba Weira, choć nadal go (ani nikogo innego) nie usprawiedliwia.

W ostateczności nic się nie zmienia. Wygląda więc na to, że wszystko, co AOO zrobi dobre, prędzej czy później pojawi się w LibreOffice. Do tego LibreOffice ma n mniejszych lub większych funkcji, których w OpenOffice nie ma (i które nie mogą zostać po prostu do niego skopiowane). Przy wszystkich tych rodzinnych sporach, pyskówkach i medialnych kłamstwach, wyższość LibreOffice wydaje się być nadal niekwestionowana.